poniedziałek, 7 maja 2012

czy na placu Wilsona są tylko banki? // to lubię w Warszawie #6


Witajcie po długiej przerwie! Ola trochę mnie swoim postem zmobilizowała do napisania notki. Mam tyle roboty, a całe dwa tygodnie spędziłam na prokrastynacji i po prostu odpoczynku. Było cudownie! Teraz powoli czas wracać do szarej rzeczywistości...

Ale wcześniej chciałabym zaprosić was na zimną, mrożoną kawę po całodniowym spacerze. Zrobiliśmy tego dnia około 10 kilometrów, zwiedziliśmy nieznane zakątki Warszawy. Zmierzając do domu, zaszliśmy w końcu do lokalu, który mijaliśmy wielokrotnie. Mieści się zaraz przy wyjściu z metra i nosi nazwę Kawalerka.

Pierwsze wrażenie było pozytywne, a później już tylko zostałam utwierdzona w tym, że Sin Fronteras ma silną konkurencję! Wnętrze jest niezbyt wielkie, ale dzięki ogromnym oknom stało się bardzo jasne i przestrzenne. Wystrój trochę kojarzy mi się z czymś, co nazwę: typową niesieciówką kawiarnią - czyli prosto, kolorowo, obowiązkowe menu wypisane kredą na tablicach, elegancki minimalizm. Tak jest i tutaj, ale ma się uczucie jakiejś takiej domowości, którego tak rzadko doświadczam w lokalach.




Bardzo miły młody (chyba młodszy od nas, starość!) pan za ladą na nasze pytanie, czy dostaniemy kawę bez lodów i bitej śmietany i przyrządził nam frappe z przepysznym syropem o smaku ciasteczkowym. W lokalu można wybrać też mleko sojowe, co np dla mnie ma bardzo duże znaczenie (a spotkałam się z nim tylko w okropnym Starbucksie). Pycha! Jako plus: są też napoje yerba mate club, trochę kanapek, zupy. Dłuższą chwilę delektowaliśmy się kawą, zanim zdecydowaliśmy się opuścić przytulne wnętrze Kawalerki. Wrócimy tu na pewno jeszcze nie raz w drodze z/do domu, w trakcie naszych pieszych wędrówek! Polecamy wszystkim którzy chcą chwilę odetchnąć, zatrzymać się gdzieś na Żoliborzu...

http://www.facebook.com/kawalerka.wilsonplac


Continue reading...

sobota, 5 maja 2012

Curry z kurczaka/chicken curry


Co za przestój na Pasibrzuchach! Obydwie jesteśmy zawalone robotą i jakoś trudno się zabrać do pisania... Ja  tą notką umilam sobie przerwę w nauce (tak dawno mnie tu nie było, że pierwszy raz widzę nowego bloggera). 
Takiego kurczaka przygotowałam już dość dawno, zainspirowana pysznymi sosami firmy Patak - postanowiłam odtworzyć ich smak samodzielnie. Jak to zwykle bywa - wyszło smacznie :).


Przepis jest wypadkową tego, co odnalazłam w internecie. Nie wiem, jak wygląda 'tradycyjne' curry - bo jak wiadomo w sieci niemal każdy przepis jawi się jako 'tradycyjny', choć każdy jest inny.
Ten na pewno jest aromatyczny i lekko pikantny :).


Curry z kurczaka:
przecier pomidorowy (ok. 400g) - nie koncentrat!
mleczko kokosowe (proponuję dosmakować po swojemu - ja użyłam ok. 200 ml)
papryka czerwona
papryka żółta
cebula
2 piersi kurczaka
oliwa
jasny sos sojowy

Przyprawy:
kumin
kardamon
ziarna kolendry 
kurkuma
curry
gałka muszkatołowa 
imbir
pieprz cayenne
pieprz
sól

Mięso kroimy w kostkę, zalewamy odrobiną sosu sojowego, dodajemy sól i pieprz i odstawiamy na jakiś czas do lodówki.
Warzywa kroimy w paski i podsmażamy - ja lubię jak są jeszcze dość kruche, dlatego przygotowuję je osobno i do całego dodania dodaję na końcu.
Na odrobinie oleju na patelni rozgrzewamy zmielone przyprawy - muszą się chwilę przesmażyć, wtedy dobrze oddadzą smak i aromaty. Następnie dodajemy przecier pomidorowy. Gdy się zagotuje, dodajemy mięso i dusimy. Kiedy mięso będzie gotowe dodajemy mleczko kokosowe - ilość wg uznania (im więcej tym danie będzie łagodniejsze). Dodajemy przygotowane wcześniej warzywa i podajemy np. z ryżem :).

Smacznego!

Przepis dodaję do akcji: Festiwal Kuchni Indyjskiej


Continue reading...

środa, 11 kwietnia 2012

Chocolate Guinness Cake


Był już sernik z Baileys, teraz czas na ciasto z Guinnessem :). Prosty i pyszny wypiek wg przepisu Nigelli - u nas zamiast kremu na wierzchu wytłoczone serduszka (tortownicę dostałam od T. - pięknie dziękuję!). Kolejny wypiek stworzony naszymi wspólnymi rękami :).
(nie wiem, dlaczego zdjęcie wgrało się w ten sposób, ale niestety nie mogę z nim nic zrobić... no trudno, będzie wykręcone ;))


Składniki:
250 ml Guinnessa
250 g masła
75 g kakao
400 g cukru pudru (dałyśmy ok. 300)
ok. 150 ml kwaśnej śmietany
2 jajka
1 łyżka ekstraktu z wanilii (u nas niestety cukier wanilinowy)
275g mąki
2,5 łyżeczki sody


Guinnessa wlewamy na patelnię, rozpuszczamy w nim masło. Następnie dodajemy cukier i kakao i mieszamy, rozpuszczamy.
W misce miksujemy śmietanę, jajka i wanilię po czym dodajemy je do masy na patelni. Na koniec dodajemy mąkę i sodę.
Proste, prawda? :)
Pieczemy 45-60 minut w piekarniku rozgrzanym do 180C.
Ciasto jest dość ciężkie i wilgotne a przy tym oczywiście bardzo smaczne!


Pasibrzuchy polecają :)
Continue reading...

niedziela, 1 kwietnia 2012

Gdzie na kawę? // To lubię w Warszawie #5


Kawa, kawa, kawa.
Ze mnie, byłej pracownicy herbaciarni kawosz jest żaden. Nie jestem w stanie wypić takiej tam sobie zwykłej kawy, bez dużej ilości cukru i mleka, po prostu mi nie smakuje. Ale szał na kawę i kawiarnie trwa. Kiedy biegnę z jednego wydziału na drugi, mam do pokonania Nowy Świat, przy którym lekką ręką 1/3 lokali to różnego rodzaju kawiarnie, w znakomitej większości sieciówki. Do wyboru mamy ohydną i drogą kawę z Coffee Heaven, rozwrzeszczane nastolatki pijące jeden kubek kawy przez godzinę w Starbucksie (ale i pyszne kawy z mlekiem sojowym!), czy Empik Cafe. Przy moim drugim wydziale stacjonuje też W Biegu Cafe, kiedyś znana z kawy na wynos za 5zł o posmaku kranówki, przeze mnie ceniona tylko dzięki możliwości wypożyczenia tandemu latem. Im starsza się robię tym bardziej wyostrza mi się i tak bardzo silna niechęć do sieciowej gastronomii. I tak, poza jednym razem w podstawówce nie jadam takich cudów jak czizy czy bismarty. Dziwi mnie strasznie ta bylejakość, na którą wszyscy tak ochoczo się godząc, zapijając cheesebugera czy kebab coca-colą...

Dlatego dziś zapraszam was na pyszną kawę i słodkości do kawiarni Sin Fronteras przy Dobrej 56.
Ta kawiarnia powstała przy instytucie hiszpańskiego, mieści się w budynku Biblioteki Uniwersyteckiej. Ja, z racji zawodu: ciągle jeszcze trochę student spędzam w niej całkiem sporo czasu. Kiedy czas goni, zaszywamy się z T w naszym ulubionym miejscu przy oknie i pracujemy, pracujemy, pracujemy...
(zdjęcie znalazłam na blipie)
Jednak nie samą nauką człowiek żyje. Napiszę kiedyś o kultowej już stołówce w tym samym budynku, ale dziś wybieramy się na kawusię, dzięki uprzejmości Agnieszki, która kiedyś mnie tam zabrała. Dziękuję! :)

Sin Fronteras jest zlokalizowane przy wejściu do ogrodów BUW, bardzo słabo widocznym, pewnie dlatego nigdy nie ma tam dużego ruchu. Wita nas duża, świeża przestrzeń, z... hamakami zwisającymi na hakach z sufitu. Tak, największą atrakcją tego miejsca poza pysznym jedzeniem i piciem jest możliwość spokojnej, leniwej siesty na jednym z przepięknych, ręcznie tkanych hamaków. Czy to nie wystarczy za rekomendację?

W międzyczasie odwiedzający BUW tłoczą się przy klitce-Coffee Heaven, pijąc kawę w sąsiedztwie toalety i szatni, w sztucznym świetle i ścisku. W SF jest dużo miejsca, przestrzeń zachęca do bujania się w różne strony :) Kuszą hiszpańskie wina ustawione przy jednej ze ścian, lokal jest jasny i przestronny.

Pyszna latte to 10zł/12zł. Nasze ulubione smaki to rosas i halva (na którą przepis na blogu już wkrótce...). Karta dań to w większości słodkości (świeże, domowe muffinki za 6zł), desery czy kanapki. Przemiła obsługa, brak pośpiechu... Jednym słowem wspaniała atmosfera. Jeśli porównamy ją z chociażby chwaloną u Liski kawiarnio-piekarnią Vincent może nie poraża ilością ani jakością wypieków, ale każdy, kto jak ja (byłam o krok o rozpoczęcia pracy w tym arcymodnym przybytku... jednak traktowanie pracowników jak niewolników, nielimitowane godziny pracy i pogarda dla ludzi sprawiają, że nie dość, że tam nie pracuję, to jeszcze to miejsce bojkotuję, gdyż uważam, że ludzkie traktowanie personelu do postawa), ceni sobie coś innego niż atmosferę snobizmu, będzie do Sin Fronteras Cafe wracał z przyjemnością! Miejsce jest przyjazne dzieciom, mają tam wydzielony kącik z zabawkami, jak i niepalącym - jest w nim szczelna palarnia.

Ogólna ocena to 5/5.  Polecam wszystkim, którym jednak takie rzeczy robią różnicę, bo warto :-)

(zdjęcie zapożyczyłam wyjątkowo z oficjalnej strony SF)
Continue reading...

sobota, 31 marca 2012

Placuszki zdrowe i drożdżowe


Przepis znalazłam na naszym zaprzyjaźnionym blogu, u Kaś z Bake and Taste i podaję go za autorką, gdyż tym razem nie zmieniałam nic. Placuszki są przepyszne, ładnie wyrosły, nie za słodkie. Jak zwykle zjedliśmy je z domową konfiturą od moich rodziców, relaksując się w sobotni poranek. Niewiele więcej mam do dodania, poza tym, że serdecznie wszystkim polecam... najlepiej od razu z podwójnej porcji :) Dziś te placuszki jak i piękna, słoneczna pogoda są tylko wspomnieniem,a ja ze smutkiem myślę o tym, że cały dzień spędzę w bibliotece uniwersyteskiej, tęsknie patrząc za okno, udając, że piszę pracę magisterską... :)

Składniki (na 7 racuszków):

100 g mąki pszennej z pełnego przemiału (orkiszowa lub pszenna 1850) u mnie mieszanka mąk
1/2 szklanki mleka
1 białko

1 łyżka fruktozy (dałam cukier)
15-20 g drożdży (dałam 7g suszonych)
1 jabłko (kwaśne)

Mleko lekko podgrzać. Z łyżki mąki, fruktozy, drożdży i połowy porcji mleka zrobić zaczyn i odstawić do podwojenia objętości.
Dodać resztę mleka, mąkę, wymieszać i odstawić do wyrośnięcia (30 minut).
Ubić białko na sztywną pianę. Do wyrośniętego ciasta dodać pianę z białka i pokrojone w kostkę jabłko. Delikatnie wymieszać i jeszcze raz odsta
wić do wyrośnięcie na 10 minut.
Smażyć bez tłuszczu na rozgrzanej, teflonowej patelni. Podawać posypane fruktozą i cynamonem, posmarowane dżemem lub bez żadnych dodatków, bo naprawdę są smaczne same w sobie.

Continue reading...

niedziela, 25 marca 2012

Najlepszy grzaniec piwny!


Wiem, że pewnie wszyscy teraz myślą nie o grzanych napojach, a o mrożonej herbacie, wszak wiosna atakuje ze wzmożoną siłą. Ale może ktoś, podobnie jak ja, permanentnie zmarznięty i niedogrzany się skusi? Nie wiem jak dla was, ale dla mnie zawsze jest dobra pora na grzane wino, piwo lub miód pitny. Wypróbowałam już wiele kombinacji - z żółtkiem, z domową przyprawą, ze sklepową przyprawą, z cytrusami... Ale nic nie smakuje tak dobrze jak taki grzaniec. U nas zawsze wieczorem, nie napiszę że w komplecie z kocem i książką bo nie lubię tego określenia (może dlatego, że czytam średnio kilkanaście książek w miesiącu i dla mnie to żadna 'atrakcja', ot styl życia), ale tak do wypicia z drugą osobą... jak najbardziej. Polecam! 

Grzaniec dla dwóch osób
  • 1 puszka piwa
  • sok malinowy (najlepiej domowy!)
  • 2 łyżki cukru/miodu/słodzika/syropu z agawy
  • łyżeczka cynamonu
  • pół łyżeczki imbiru
  • szczypta chilli
  • 2 plasterki cytryny
  • kilka goździków
Piwo otwieramy wcześniej i czekamy, aż się wygazuje. Podgrzewamy z przyprawami, pamiętając, żeby nie doprowadzić alkoholu do wrzenia. Kiedy grzaniec będzie gorący, ale nie wrzący, przelewamy go do dwóch szklanek, do każdej wrzucamy plasterek cytryny lub pomarańczy. Dopełniamy sokiem malinowym i pijemy, żeby nie zdążyło wystygnąć. MMMM!

Continue reading...

piątek, 23 marca 2012

Francuskie serduszka


Czyli poduszeczki z ciasta francuskiego. Z dodatkami - dowolnymi, ale u mnie w wersji 'pizzowej'. Spróbowałam ich pierwszy raz na babskim spotkaniu u M., teraz powtórzyłam je w wersji bardziej 'romantycznej' ;). Idealne zarówno na śniadanie jak i kolację, ale też jako ciepła przekąska na przyjęcie. Ciepłe, sycące, smaczne!







Francuskie serduszka (8 dużych serc i 4 kółeczka):
1 opakowanie (400g) gotowego ciasta francuskiego
dodatki:
salami
cebula
żółty ser
ketchup
+ jajko do posmarowania


Rozmrożone ciasto należy delikatnie rozwałkować. Następnie wycinamy serduszka (bądź dowolny inny kształt, kółka wycięłam filiżanką).
Układamy w odstępach na blasze wyłożonej papierem do pieczenia - trochę urosną w piekarniku.
Na kawałkach ciasta układamy: salami, cebulę pokrojoną w kostkę, skrapiamy ketchupem, przykrywamy serem żółtym. Na koniec przykrywamy drugim kawałkiem ciasta, staramy się skleić brzegi (jeśli się rozejdą w trakcie pieczenia to nic się nie stanie). Smarujemy rozbełtanym jajkiem.
Pieczemy przez około 20 minut w 180C.


Smacznego - najlepiej we dwoje ;).


Wpis ląduje (mam nadzieję) w akcji: Śniadanie mistrzów

Continue reading...
 

Pasibrzuchy! Copyright © 2009 Designed by Ipietoon Blogger Template In collaboration with fifa
and web hosting